Patrząc w lustro, tak bardzo chciałby widzieć Piotra I albo Stalina. To zwycięzcy. Bohaterowie wielkiej Rosji. Chciałby stać z nimi w jednym szeregu. Prężyć się obok nich na jakimś wielkim portrecie w nieokreślonej przyszłości. Ale jest i koszmar, który wraca, kiedy przychodzą gorsze chwile. Wtedy widzi tych poprzedników, którym się nie udało. Których pożarła Rosja-matuszka, jak szczupak pożera małe rybki. Ilu ich było? Wielu. Paweł Romanow, Aleksander II, Mikołaj, jego wnuk. A potem kolejni, resortowi jak on. Czy wszyscy byli skazani na przegraną? Nie, nie było tu żadnego determinizmu, choć każdy z nich, czego dowodzą historycy, czuł strach. Bo władza i strach w Rosji to bliźnięta. Może nawet więcej. Jedność. Im więcej władzy, tym więcej strachu. Im większa ufność, że już się stoi na nogach, tym śmierć straszniejsza.
Czytaj więcej
Wszyscy są dziś pogubieni. Tylko Władimir Władimirowicz Putin nie zmienia poglądów. Od swoich dom...
„Od matuszki Rosji bardziej kochał pewnie tylko swoją żonę Aleksandrę”
Paweł I Romanow, syn Katarzyny Wielkiej, nigdy nie zapomniał losu swojego ojca (domniemanego) Piotra zmuszonego do abdykacji i pewnie zamordowanego na rozkaz matki. Dlatego całe życie bał się spisku. Miał nieodparty zapał reformatorski, z jednej strony potrafił ulżyć losom chłopów, z drugiej w armii wprowadzał iście pruski dryl. Na koniec poziom nienawiści wobec cara w kręgu jego najbliższych był tak wielki, że spisek zawiązany w celu zmuszenia go do abdykacji skończył się brutalną śmiercią. Pijani zdrajcy dopadli Pawła w jego pałacu, wyciągnęli schowanego za zasłonami, a potem, gdy bronił się przed podpisaniem abdykacji, udusili i zadeptali na śmierć. Podobnie jak w przypadku jego ojca nikt nie poniósł odpowiedzialności za królobójstwo. Piotr III, mąż Katarzyny Wielkiej, oficjalnie zmarł po silnym ataku kolki hemoroidalnej i wskutek udaru apoplektycznego, choć ponoć duszono go materacem, a dzieła dokończono szalikiem. Śmierć Pawła I, po obdukcji zmasakrowanych zwłok przez nadwornego lekarza Jamesa Wylie, określono jako efekt apopleksji.
Patrząc w lustro, tak bardzo chciałby widzieć Piotra I albo Stalina. To zwycięzcy. Bohaterowie wielkiej Rosji. Chciałby stać z nimi w jednym szeregu. Prężyć się obok nich na jakimś wielkim portrecie w nieokreślonej przyszłości. Ale jest i koszmar, który wraca, kiedy przychodzą gorsze chwile.
Jego wnuk Aleksander II był może najlepszym z rosyjskich carów. Miał inklinacje reformatorskie, wierząc, że imperium przetrwa tylko wtedy, gdy porzuci stary ruski ryt. Z reformami nie zdążył. Zginął z rak zamachowców z Narodnej Woli. Bomba rzucona przez Ignacego Hryniewieckiego oderwała mu nogi, rozpruła brzuch i poharatała twarz. Nie dało się tego przeżyć. Syn Aleksandra II, Mikołaj II, też stał się ofiarą zamachu, ale Opatrzność była dla niego łaskawsza. Umarł na nerki. Ale najgorszy koszmar dotknął jego syna, wnuka zamordowanego przez narodnowolców Aleksandra. Mikołaj Romanow, który wstąpił na tron jako Mikołaj II, urodził się w dniu św. Hioba, co sam uważał za fatalny znak dla swoich losów. Od matuszki Rosji bardziej kochał pewnie tylko swoją żonę Aleksandrę, skądinąd zmanierowaną kobietę, która poprzez swoje dziwne związki, choćby z Rasputinem, pociągnęła monarchię na dno.